O autorze
Ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1978-1989 był dziennikarzem sportowym w „Sztandarze Młodych” a następnie w „Rzeczpospolitej”, gdzie przez pięć lat co tydzień pisał felietony (Ich potwierdzonymi czytelnikami byli m.in. Aleksander Kwaśniewski i Tomasz Lis). Adwokat w Warszawie od 1989 roku. W latach 1992-95 partner w Kancelarii Banku Handlowego i Partnerzy, od 1996 roku prowadził własną Kancelarię adwokacką, od 2002 roku partner w Kancelarii Tomczak & Partnerzy powstałej w 2002 roku. Zajmuje się przede wszystkim różnymi dziedzinami prawa korporacyjnego, prawem związanym z inwestycjami oraz prawem pracy. Ma bogate doświadczenie w zakresie prawa sportowego. W latach 2002-2008 członek organów jurysdykcyjnych PZPN w tym w latach 2007-2008 przewodniczący Wydziału Dyscypliny PZPN w okresie t.zw. afery korupcyjnej. Członek Rady Nadzorczej KP Legia Warszawa w latach 2009-2013. Autor licznych publikacji książkowych i artykułów z dziedziny prawa korporacyjnego. Autor cotygodniowych felietonów z zakresu prawa pracy w dodatku do „Rzeczpospolitej”, autor bloga kibicowskiego „Mój Liverpool” a także bloga prowadzonego na stronie Kancelarii.

Ja, czyli krytyk sądownictwa spacyfikowany przez min. Ziobrę

Bardzo lubię JM Rokitę i żałuję, że tak rzadko go oglądam. Niekoniecznie lubię jego poglądy, które zresztą nie wiem jakie są, bo skoro go nie oglądam to nie wiem. Lubię Rokitę za przekorność, przewrotność i wreszcie najbardziej za – prześmiewczość. Lubię go nawet, a może zwłaszcza za to, że mając żonę Niemkę upił się w samolocie i Niemców zwymyślał od nazistów. Ta cała sytuacja, która pewnie zamknęła polityczną karierę Rokity, stanowi jednakże wyraz tego kolorytu intelektualnego, którego brakuje większości polityków zarówno w Polsce jak i na całym Bożym świecie. Dodam dwuznacznie, że ten koloryt i ten wariant szaleństwa jest mi bliski nawet, jeżeli jest tak dramatycznie niepoprawny politycznie.

No, co powiedziawszy muszę wyznać, że ze zdumieniem wysłuchałem w tvn opinii Rokity na temat reformy sądownictwa a` la PiS.
Rokita najpierw powiedział, że projekty prezydenckie zapewne bez większego problemu są w stanie przyspieszyć postępowania i udrożnić sądy, i że to nie stanowi istoty sprawy. Natomiast istotą sprawy jest model sądownictwa czyli to, czy sądy mają być korporacyjne czy obywatelskie.
W tym rozróżnieniu Rokita za model korporacyjny uważa ten, który jest, a za model obywatelski najwyraźniej ten, który proponuje min. Ziobro. W kwestii wyboru modelu obywatelskiego Rokita podparł się inteligentnie poglądami Andrzeja Rzeplińskiego sprzed 10 lat.
Ale, obawiam się, że tu mamy kompletne pomieszanie pojęć, czyli właściwie dramatycznie odmienną ocenę stanu faktycznego i jego przyczyn i następstw.
Bez żadnych dwuznacznych intencji przypomnieć można, że Rokita, jak wielu jeszcze inteligentnych ludzi był w pewnej fazie drogi politycznej związany z Jarosławem Kaczyńskim i PiSem (tak choćby, jak Radek Sikorski, Ludwik Dorn, Michał Kamiński czy Kazimierz Michał Ujazdowski) – było to wtedy, gdy oni wierzyli w to, że PiS to prawica a nie socjalizm, w dodatku autorytarny i jednoosobowy. Nie wiem skąd się wzięła w nich ta naiwność, ale to był okres kiedy prawica była w defensywie i szukała oparcia.
Ale to oznacza, że Rokita miał i ma takie właśnie „rdzennie” prawicowe poglądy, w tych poglądach oczywiście mieści się tak rozumiana „obywatelskość” sądów.
Więc ja tu muszę złożyć wyraźną deklarację, żeby uniknąć nieporozumień. Obecny model sądownictwa uważam za fatalny, lub raczej – bardzo zły. Pisałem o tym nieraz. Jest to systemowo wadliwe rozwiązanie, które uniemożliwia prawidłową kontrolę rekrutacji do zawodu, a zwłaszcza kontrolę jakości orzecznictwa i dyscypliny zawodowej, ponieważ siła korporacji jest zawsze po stronie tych, którzy są nie w porządku. Ja to znam aż za dobrze z adwokatury (która teraz, jak już została wykolegowana, poszła w drugą stronę i ściga mnie np. za przekroczenie prędkości). Taka jest natura korporacji funkcjonujących w poczuciu zagrożenia ze strony zewnętrznego świata i jednocześnie nie rozumiejącej, co się wokół niej dzieje i narasta – korporacja okopuje się i broni tych, których pozbyć się powinna. I nie wyznacza standardów, bo standardów tych nie ma kto bronić, a każdy kto by się tego podjął będzie uważany za wewnętrznego wroga, zdrajcę i sprzedawczyka.
Rozmawiałem o tym ze znajomymi i zaprzyjaźnionymi sędziami wiele razy. Uruchomienie jakichkolwiek procedur kontrolnych czy dyscyplinarnych w sądownictwie graniczy z cudem. Sędziowie na rozprawach krzyczą na strony, upominają i nierzadko obrażają je, co robią nawet wobec adwokatów, więc strach pomyśleć co robią z ludźmi bez adwokatów (mojemu synowi na przykład na rozprawie sędzia powiedziała, że „bredzi”). Nie muszę dodawać, że nie wszyscy sędziowie albo wręcz zapewne jakaś mała mniejszość stoi pod moim zarzutem, ale chodzi o to, że na tą mniejszość nie ma i nie było w dotychczasowym systemie żadnego sposobu. Standardy z roku na rok idą do dołu. Sędziowie – inaczej niż w komunie – nie mają dyżurów i stanowczo odmawiają wszelkich wyjaśnień wobec stron, mają do tego prezesów albo wiceprezesów, którzy zajmują się tylko i wyłącznie odpychaniem skarg i udowadnianiem, że skarżący jest wielbłądem.
Naprawdę, jako adwokat z 30 letnim stażem dostałem tyle razy po głowie i po nosie od systemu (niezależnie od moich własnych krytycznych przewin) – że jestem skłonny większość tych sytuacji i większość fatalnych, pełnych niezrozumienia sprawy wyroków (zawsze bronionych „niezawisłością orzekania”) wyjaśniać w kategoriach korporacyjnego zamknięcia, całkowitego niepoddania sędziów jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli i ocenie ( w tym np. ocenie adwokatów i radców prawnych w ramach paneli dyscyplinarnych). Jasno powiedzmy – wiara w to, że sędziowie zmienią sami ten system była we mnie dokładnie taka sama jak ta sprzed dwudziestu lat – że adwokaci samo otworzą swój zawód i się zreformują. Oczywiście nie zrobili tego i dlatego zostali politycznie zagonieni do narożnika i zmarginalizowani. Ale, adwokatom niezależności nikt nie zabrał, bo politykom ona na nic.
Ale od czasu przyjścia do władzy PiSu i ministra Ziobro czuję się tak, jakby mi zamknięto usta na wszelką krytykę sądów. Bo ja przy tych projektach ma poczucie, że te wszystkie moje krytyki są naprawdę drugorzędne (i to mimo, że odnoszą się do kwestii tak zasadniczej jak struktura funkcjonowania sądów, więc wiadomo, że tak naprawdę drugorzędne być nie mogą – są drugorzędne w sensie systemowym, konstytucyjnym) – bo między sprawnością sądów i ich przyzwoitością z jednej strony – a ich niezawisłością z drugiej jest fundamentalna różnica poziomów ważności i cywilizacyjnego znaczenia, na których ulokowane są obie te wartości.
Więc to co mówi JM Rokita naprawdę ma się do tego, co proponuje reforma Ziobry jak pięść do nosa. I oczywiście, dodajmy, nie jest zwłaszcza prawdą to, że ktokolwiek jest w stanie łatwo i szybko uporać się z niewydolnością i nieudolnością sądownictwa, a to jest teraz problem centralny, i też zresztą w jakiejś mierze zależy od modelu „politycznego” „kontroli” na sądami – używam tu cudzysłowów, bo nie chodzi mi o polityków tylko o system społeczny czyli obywatelski - czyli tego, kto w sądach będzie miał władzę, choćby władzę przyjmowania najlepszych do zawodu ale też władzę uznania tego, co dobre a co niedobre.
Ale czy Ziobro ma to w ogóle na uwadze? Czy Julia Przyłębska i ten drugi pan w Trybunale Konstytucyjnym – to są dowody na kadrowy potencjał zmian jakościowych ministra Ziobry? Czy to, że za pacyfikacją Trybunału Konstytucyjnego i obecną reformą sądów nie wypowiedział się żaden znaczący prawnik, typu Safjan, Łętowska czy Wronkowska, a mimo to Trybunał zlikwidowano – czy to jest gwarancją „obywatelskości” nowego modelu sądownictwa? Dajcie spokój.
Problem jest w tym, mój problem, że Ziobro nawet surowych krytyków obecnego modelu sądownictwa zmusił do poparcia tego modelu, który jest, jak gwarancji niezawisłości. Bo jeżeli mam konieczność wyboru – sądy zależne od polityków czy nieudolne to, niech mnie szlag trafi, ale wybieram ten drugi wariant.
Nawiasem mówiąc żadna z uwag tu wygłoszonych nie dotyczy Sądu Najwyższego, ponieważ to jest sąd który stanowił i stanowi wzorzec metra dla sądów powszechnych, nie tylko pod względem orzecznictwa ale może przede wszystkim pod względem kultury osobistej, prawnej i każdej innej. I ten zamach na Sąd Najwyższy zdemaskował ostatecznie – nie dla mnie, bo ja wiedziałem wszystko już wcześniej – intencje obecnej reformy, pełnej frazesów o krzywdzie zwykłych ludzi, a faktycznie zmierzającej do koncentracji władzy wokół autorytarnego ośrodka, pełnego arogancji, niekompetencji, podejrzanych intencji i przy braku zaplecza intelektualnego.
Co zresztą nie wyklucza, że poszczególni podwładni Ziobry – wysłuchałem wywiadu z Michałem Wójcikiem, wiceministrem – wierzą naprawdę w to społeczne przesłanie reformy, ale niestety każda, nawet najbardziej cyniczna koncepcja polityczna ma swoich „pozytywnych” wyznawców (niestety „pozytywność” ministra Wójcika wystawia na moje podejrzenie jego sugestia, że prezydent mógł poddać ustawy ocenie ich konstytucyjność Trybunałowi, uważam, że takie poglądy ujawniają jednak przede wszystkim cynizm rozumowania, skoro najpierw ci sami ludzie doprowadzili do tego, że Trybunał Konstytucyjny nie jest Trybunał Konstytucyjnym a teraz chcą używać argumentu, że jednak jest).
Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach wolałby nie mieć dylematu, czy sądy mają być dobre czy niezawisłe, ale niestety, taki dylemat (ze wspomnianym wyjątkiem SNu) w tej chwili mamy. Nie wiem, jak i kiedy w warunkach narzuconych przez PiS można będzie naprawdę dyskutować o modelu „obywatelskim” nadzoru nad sądami i o ich jakości. Ziobro zabił we mnie krytyka sądów. Ale, prawdę mówiąc, nazwanie przez JM Roiktę „obywatelskim” modelu autorytarnego proponowanego przez ministra Ziobrę wydaje mi się kompletnym nieporozumieniem.
Trwa ładowanie komentarzy...